Feb 07, 2026
Powiedzieć, że to czas Włodzimierza Czarzastego to
nic nie powiedzieć. Fakty są takie, że poniedziałkowa konferencja
marszałka ruszyła lawinę. Otóż lider Lewicy postanowił odrzucić
wniosek amerykańskiej Izby Reprezentantów i izraelskiego Knesetu w
sprawie poparcia dla kandydatury Donalda Trumpa do pokojowej
Nagrody Nobla. W sumie Czarzasty nic nadzwyczajnego nie powiedział.
Ot tyle, że prezydent USA destabilizuje sytuację międzynarodową, a
nie odwrotnie, że uderza w sojuszników, a także ofiarę ich
weteranów — w tym polskich — ma za nic.
Nie wiadomo, czy swoje oświadczenie w
szczegółach konsultował z MSZ i Donaldem Tuskiem — choć byłoby
dziwne, gdyby tego nie zrobił. W Polsce utkane z krytyki Trumpa
wystąpienie Czarzastego szybko zostało zapomniane. Aż tu nagle do
pieca postanowił dołożyć ambasador USA Tom Rose, który ogłosił, że
Amerykanie ucinają wszelkie relacje Czarzastym, czyli jakby mnie
patrzeć — z drugą osobą w państwie. No i zaczęła się jatka.
Politycy PiS czasowo przestali walczyć sami ze sobą i rzucili się
na Czarzastego. Koalicja raczej go broni, na czele z premierem,
który napisał ambasadorowi, że sojusznicy powinni się szanować, a
nie pouczać.
Rose się zacietrzewił. Zasugerował nawet, że
władze USA mogą wycofać z Polski swoich żołnierzy i sprzęt. Potem
wpis skasował, ale mleko już się rozlało.
Szef MSZ Radosław Sikorski pyta Amerykanów,
czy internetowe filipiki „Różanego Toma” to oficjalne stanowisko
Białego Domu. Ale nie to jest najważniejsze. Kluczowe pytanie jest
inne — czy Rose działał w porozumieniu z Pałacem Prezydenckim. Tak
się bowiem składa, że wcześniej do ataku na Czarzastego przystąpił
Karol Nawrocki, który chce szukać ruskich kontaktów marszałka.
Szkopuł w tym, że zrobił to na tyle nieudolnie, że naraził się na
lewy sierpowy Czarzastego, który w rewanżu zażądał, aby Nawrocki
wyspowiadał się ze swych kontaktów z kibolami i gansterami, a także
opowiedział o ochroniarskiej karierze w sopockim Grand Hotelu, gdy
kwitła tam prostytucja.
I akurat wtedy do gry wkroczył
ambasador.